Nasza historia

DSCF2127

Strona, którą właśnie odwiedziłeś poświęcona jest naszej wyjątkowej córeczce. Dziewczynka spoglądająca ze zdjęcia to Emilka. Jej śliczna buzia nie zdradza poważnej choroby z którą się urodziła.Nasza córeczka ma rozszczep kręgosłupa i wodogłowie. Mimo że codziennie boryka się ze skutkami tej strasznej choroby, są w niej niezmierzone pokłady radości i miłości którą rozsiewa wokół siebie niczym promyki słońca. Choć nie jest tym czego oczekiwaliśmy, jest wszystkim co pragniemy mieć. Jeśli chcesz poznać bliżej tę niezwykłą dziewczynkę, zapraszamy do naszego wirtualnego zakątka!

                                                Historia Emi

Emilia 1-sza doba życia

18 maja 2005 roku, ten dzień zapamiętam do końca życia. Nie jest to data narodzin mojej córeczki, ale dzień w którym dowiedziałam się o jej chorobie, jedna krótka chwila która przekreśliła wszystkie nasze plany i marzenia. Już nic nie miało być tak jak dawniej.Tego feralnego dnia będąc w 42 tygodniu ciąży znajdowałam się na oddziale położniczym. Dziecko nie spieszyło się na świat. Nie martwiłam się, wszak cały okres ciąży byłam pod opieką ponoć świetnej pani ginekolog. Co miesiąc w trakcie kontrolnego USG słyszałam jak świetnie rozwija się rosnące we mnie życie. Płaciłam za te „fachowe” wizyty niemałe pieniądze. Byłam spokojna.

Wspomnianego dnia zabrano mnie na kolejne już USG by sprawdzić ilość wód płodowych. Pan doktor długo przyglądał się na monitorze mojemu dzieciątku. W trakcie tego badania usłyszałam po raz pierwszy straszną diagnozę: wodogłowie. I tyle, żadnych wyjaśnień, pocieszenia. Nie pamiętam jak trafiłam z powrotem na oddział. Byłam w szoku, czułam pustkę, jakbym była biernym obserwatorem tego co się przed chwilą wydarzyło. Dopiero po kilkunastu minutach ta straszna informacja zaczęła się przebijać do mojej świadomości. Nadeszła rozpacz. Bałam się, nie tak miało być. W końcu przyszła do sali lekarka prowadząca moją ciążę. Usłyszałam tylko: „nie wiem jak to się mogło stać”, żadnego przepraszam…
Tego samego dnia przewieziono mnie do Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, gdzie miała się narodzić moja córeczka. Położono mnie na sali z kobietą, która właśnie urodziła zdrowego ślicznego synka. Wyłam do poduszki. Nie wiedziałam jak bardzo chore przyjdzie na świat moje dziecko, nie miałam żadnej wiedzy o wodogłowiu i nikt nie próbował mi wyjaśnić jakie szanse ma moja córeczka. Byłam przerażona. Zasypiałam z nadzieją że rano ten koszmar okaże się tylko snem. Noc nie przyniosła wybawienia. Rano kolejne USG. Kolejna diagnoza: wodogłowie to tylko następstwo innej strasznej wady – rozszczepu kręgosłupa. Badaniu, bez mojej zgody przyglądali się studenci. Ja na wpół obnażona nie miałam siły na sprzeciw, nie miałam siły na wstyd, osiągnęłam dno rozpaczy.
Po badaniu nie wróciłam już na salę, zabrano mnie na porodówkę, gdzie poprzez cesarskie cięcie miała przyjść na świat moja córeczka. 
Emilia urodziła się 19 maja o godz. 10.45. Po porodzie położna pozwoliła mi tylko przez chwilę popatrzeć na córeczkę. Nie potrafiłam wymówić słowa, łzy strumieniami lały mi się po policzkach… Zdobyłam się tylko na prośbę by natychmiast ochrzczono moją małą bezbronną Emilcię.
Następnego dnia Emilka przeszła swoją 1-szą operację (zamknięcie przepukliny, wstawienie zbiornika Richama). Tuż przed zabiegiem mąż zawiózł mnie na wózku do maleństwa. Bardzo chciałam jej dotknąć, dodać jej otuchy. Mała jakby wyczuła że przyszliśmy, bo otworzyła oczka i wyciągnęła w naszym kierunku rączkę (mam to na zdjęciu). Znów chwila wzruszenia i ogromny strach, że może widzę ją po raz ostatni. Pamiętam z jaką obawą wyczekiwałam męża, który poszedł się dowiedzieć jak się ma mała po operacji…
Na szczęście nasza mała kruszynka była silna, przeżyła choć w stanie ciężkim.
Po wyjściu ze szpitala pojechałamdo domu. Co trzeci dzień jeździliśmy do córeczki, tak ciężko było wracać bez niej do pustego domu gdzie czekał już przygotowany pokoik dziecięcy. Kiedy odzyskałam nieco sił zamieszkałam w hotelu dla matek by być przy naszym skarbie. Potem znów na kilka dni do domu. I znów do szpitala. Zameldowałam się w hotelu i pobiegłam do małej. Zastałam pustą salę. Przeraziłam się. Na szczęście szybko poinformowano mnie o przeniesieniu Emilki na oddział neurochirurgii. Tam przeżyłyśmy najtrudniejsze 3 miesiące życia. Dzięki uprzejmości personelu szpitalnego mogłam nocować na składanym krzesełku przy łóżeczku córeczki. Byłyśmy razem 24 godziny na dobę. Poznawałam swoje nowonarodzone dzieciątko, zachwycałam się i popadałam w rozpacz naprzemiennie. W ciągu tych trzech m-cy Emilka przeszła 5 zabiegów: wymiana zbiornika Richama na drenaż zewnętrzny, założenie zastawki, za trzy dni znów drenaż, który wkrótce zaczął przeciekać, więc wymieniono go na kolejny i wreszcie wymarzona zastawka. 
Kiedy wydawało mi się że nie może być gorzej, z przyszpitalnego parkingu skradziono nam samochód, którym mąż przyjeżdżał nas odwiedzać 2 razy w tygodniu. Auto należało do moich rodziców i nie miało AC. Załamałam się. Zostałyśmy pozbawione tak ważnej dla nas otuchy męża, który nie mógł już nas tak często odwiedzać. Zostałyśmy same, bezbronne, bezsilne. Kiedy wracam myślami do tych miesięcy uświadamiam sobie że w naszym dwuosobowym duecie matka-córka, to Emilcia była tą silniejszą stroną. To ona wyciągała mnie z dna rozpaczy, dawała mi nadzieję gdy w moim sercu już nie było miejsca na to uczucie. Mimo traumy jaką przeszła była i jest bardzo pogodna, ciepła i pełna miłości.
 9 września opuściliśmy szpital. W domu czekała na nas cała rodzinka, którą Emilia powitała radosnym śmiechem. Dosłownie przez 20 min nie przestawała się śmiać w głos, a my wraz z nią. I tak jest do dziś. Nasz Bąbel potrafi nas rozbawić do łez, z jej twarzy nie znika zaraźliwy uśmiech. Choć zabrzmi to dziwnie, w naszym domu jest teraz więcej radości niż kiedykolwiek. Każde narodziny są cudem, nasz przerósł nasze największe oczekiwania.

Możliwość komentowania jest wyłączona.